Zacięłam się zwykłą różową maszynką i krwawię od co najmniej dziesięciu minut. Co dziwne, natrafiłam na miejsce najbardziej ukrwione i najbardziej skłonne do ewentualnego bólu, który przecież zawsze próbuję powstrzymywać. Krew i łzy, łzy i krew spadają z zawrotną prędkością, spowalniając w miejscach, gdzie zwalniać nie powinny. Krople raz to przejrzyste i bezbarwne, a raz soczyście obdarzone kolorem spadają jedna po drugiej na zimne i chropowate kafelki, stając się przy tym podłogowym koktajlem, niesmacznie wyglądającym i bezużytecznym, niczym błotnista maź niepotrzebnych wyrzutów, niepotrzebnych cierpień, niepotrzebnych zwątpień. KAPU KAP, KAPU KAP, KAPU KURWA KAP.