wtorek, 31 sierpnia 2010

Zmarszczyłam czoło zupełnie zapominając o mojej maseczce, którą swoją drogą nazywam czterdziestominutówką. Noszenie czterdziestominutówki generalnie sprawia mi delikatny, przyjemny ból, a po zużyciu czterdziestominutówki twarz robi się o 30% mniejsza. Zmarszczyłam czoło dlatego, bo naprawdę nie wiem co mam napisać. Napisać, że było fajnie? Brednie, słowo 'fajne/fajny/fajna' nie powinno w ogóle znaleźć się w słowniku języka polskiego. Słowo jak zwykle oznaczające wszystko i nic. Prawdę powiedziawszy bałam się, że nie powrócę do szkolnego nastroju, czekałam z tym prawie do samego końca wakacji i nagle siedząc przed telewizorem, zabierając się za jakiś delikatniejszy film (po obejrzeniu "American Psycho", który nieźle zrobił mnie w konia), czyli za "Małą Moskwę" poczułam to coś. To coś, co sprawia, że mam ochotę zostać pedantką, wysprzątać cały pokój (ale oczywiście tego nie robię), co sprawia, że o tej porze zaczynam malować swoje ukochane pudełka i zaczynam mieć ten swój melancholijny, niezbyt ciekawy nastrój. Może to nie ma żadnego związku z nowym rokiem szkolnym i po prostu nadal odczuwam najgorsze uczucie, zbyt nacechowane emocjonalnie, któro na imię ma 'zazdrość', ale szczerze w to wątpię. Tak, wiem, marudzę troszkę, ale nic na to nie poradzę, ponieważ w mojej świadomości jeszcze nie ma takiego czegoś jak 'rutyna', 'melancholia', czy też 'szkoła'. Zupełnie o tym zapomniałam. Cóż mogę powiedzieć. Moja herbata pięknie pachnie cynamonem, gruszką, pomarańczą, jabłkami, ale jest zupełnie bez smaku. I boli mnie twarz. Eh, koniec moich strasznych wywodów. Pomodlę się chwilę. Boże, daj mi siły na to wszystko. Z góry dziękuję.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Bonjour ! Paris, je t'aime !

Wyjeżdżam. I jestem z tego bardzo rada, gdyż w końcu, może choć na chwilę zapomnę o tym wszystkim. Nawet o tych niezwykle przyjemnych rzeczach. Zapewne nikogo nie poznam, chociaż kto wie, w tym roku dogadywanie się z obcokrajowcami szło mi całkiem nieźle, ponieważ sami nagle wyłaniali się z tymi swoimi afro na głowie, albo francuską brodą nie wiadomo skąd i po prostu zaczynali rozmowę. Jeszcze przed wyjazdem muszę zrobic parę rzeczy, uporządkować sobie wszystko w mojej małej, pustej główce i przypieczętować to symbolem spowiedzi (oraz obejrzeć jeszcze dwa francuskie filmy ;). Stwierdziłam, że muszę się zakochać, mimo iż zawsze byłam przeciwna takim rzeczom. Okej, wiem, że to przychodzi samo, ale zawsze blokowałam swoje uczucia. Teraz muszę popłynąć z ich prądem, dać ponieść się fali, nie bać się spraw sercowych. Możliwe, że dojrzałam na tyle i jestem gotowa, żeby postępować zupełnie inaczej niż dotychczas. Prawie idealnie. Prawie tak jak powinnam i tak jak oczekują ode mnie tego najbliźsi. Niedługo wrzesień i nowy, męczący rok szkolny. Nie poddam się. Nie tęskniłam za szkołą, zbytnio, ale już tęsknię za tymi wakacjami. O mało, co napisałabym "wspaniałymi" wakacjami, ale "Nie chwali się dnia przed zachodem słońca, a kobiety za żywota". Z tą drugą częścią przysłowia, oczywiście się nie zgadzam, a wakacje jeszcze się nie skończyły i nie wiadomo co może się wydarzyć. Do zobaczenia ! :*

wtorek, 17 sierpnia 2010

Przeczytałam wszystkie moje stare wpisy. Postanowiłam napisać coś w starym stylu. Coś co całkowicie opisze mój cały dzień. Szkoda, że nie opsiałam tak całych wakacji, ale zanudziłabym wszystkich moi drodzy. Dzisiejszy dzień zaczął się oczywiście od nocnej rozmowy z Sonią. Hahaha, dobrze, że rozkminy życia mi się skończyły, Sonia pomogła, everything is fine, i hope so. Porozmawiałam również z Darią, z którą ostatnio zarąbiscie mi się rozmawia i mam z nią wspaniały kontakt. Przez całą Słoniową mistyfikację pt " zadzwoń do niego, namów na rozmowę i udawaj że nic nie wiem" zrąbał mi się nastrój i mimo moich wspaniałych obietnic i dobrego ostatniego postępowania w końcu po kilku miesiącach skłamałam (jest mi z tym bardzo, ale to bardzo źle). Kilkugodzinna depresja tak bardzo zrąbała mi nastrój, poszłam z bratem na spacer i znowu uciekłam z domu, żeby już o niczym nie myśleć. Szłam do Rudej, wydawało mi się, ze nieco się spieszyłam, ale spotkałam Łaska i pogadałam z nimi trochę, krzycząc lekko na Tuska, który mnie zdenerwował lekko. Kobieta zmienną jest. Zapomniałam o całym okrutnym poranku, udałam się do Rudej na rozmowę, niestety w dziwnym stanie głupawki. Rozmowa z mamą Rudej tchnęła we mnie pozytywnego ducha i Boga, którego przecież tak dawno nie widziałam. Ruda nie ma szacunku dla swojej mamy, więc ta bardzo mnie polubiła, kiedy wykazałam niezykłe zainteresowanie w aspektach religijnych. Potem pojechałam do Łaska łaskobomilem, po głupie filmy, bo ostatnie, które od niego odstałam zostały nawet nie obejrzane, a pochłonięte, mimo iż nie do końca ambitne, spodobały mi się niezwykle. Wacajac do domu, wszystkie dresy po kolei wbijały we mnie swój wzrok, którego nigdy nie zrozumiem. Porozmawiałam z Tuskiem i przyznaję, że była to chyba najbardziej pochlastana rozmowa, jaką pamiętam w przeciągu ostatnich kilkunastu godzin (to było lepsze, niż usłyszeć 52 raz pytanie "Aga, co jest?") W kazdym bądź razie omówiliśmy nasze doznania pod ciekawymi względami. Znowu postękałam Darii. Jutro spotkanie z Elą, potem Anią i Martyną i Olxem ! Stan beznadziejnosci się nie zmienił, zwłaszcza po tym co przed chwilą usłyszałam. Faceci znowu pomyśleli kutasem, nie pierwszy i niestety nie ostatni raz. To smutne. Kolejny mężczyzna, który mnie zawiódł, a ja przestałam sobie z tego robić. Nawet nobecność, tylko obecność sprawia, że jestem szczęśliwa. Nie wiem co niektórzy mają w swojej aurze. On ma zbyt wiele. Teraz ide zająć się głupimi filmami, bo niesteyu wszystkie w miarę ambitne i nieambitne, ale ambitniejsze czarne komedie już obejrzałam. Teraz czeka mnie "Kung Fu szał". Życzcie mi szczęścia we wszystkim, żeby życiowa pogoda stała się jaśniejsza, żeby świat odzyskał kolory nawet po 21. ; )

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

WHERE IS MY FUCKING MIND?
Where is my mind? To zabawne, ale do tej pory nie wiem czyja to piosenka. Nie chciałam nigdzie jechać? Co ja gadam, najchętniej bym się teraz wyprowadziła. I tak mój mózg się przepalił. Jeżeli kiedykolwiek tam był. A nie mówiłam ? (Nienawidzę tego pytania.) Moje szczęście nie mogło trwać wiecznie. Byłam szczęśliwa dzisiaj przez jakieś 20 minut jak go zobaczyłam. Wróciłam do domu, znowu wszystko zjebałam, nie potrafię rozmawiać z ludźmi. Stan beznadziejności. A czemu tu się dziwić, skoro jakiś czterdziestoletni stary pasztet (to tym razem nie jest orkeślenie niezwykle brzydkiej dziewczyny, lecz niezwykle obleśnego faceta) mówi mi, że wyglądam jakbym była w ciąży. Stan beznadziejności. Bawią mnie głupie kawały. Stan beznadziejności. Oglądam horrory w samotności i robię się dostępna na gadu. Stan beznadziejności. Jestem samolubna i przez cały dzień mówię tylko o sobie. Nienawidzę siebie za to. Stan beznadziejności. Ruda miała rację, Sonia nie zadzwoni. Idę udawać, że myślę. Idę obejrzeć kolejny horror. Dobranoc. ; <

piątek, 13 sierpnia 2010

whatever works.

Hahaha, któż by pomyślał, że kiedykolwiek będę aż tak szczęśliwa? Nie wiem, czy mój wspaniały nastrój zależy od zmieniania dotychczasowego stylu życia, czy też zmienianie owego życia zależy od przepełniającej mnie radości, ale wiem jedno, że nie powinnam zbytnio się cieszyć, ponieważ doszłam do bardzo prostego, aczkolwiek niezywkle okrutnego wniosku - 'Szczęście nie jest nam pisane, ponieważ nie jest rzeczą naturalną'. Naturalne jest przetrwanie, czyli zachowywanie się normalnie. Ludzie szczęśliwi mają zbyt dużo pozytywu, endorfin, które sprawiają, że nie robi się całkiem normalnych rzeczy, a robienie nienormalnych rzeczy wyzwala adrenalinę, która mimo iż naturalna, powinna być użytkowana w jak najmniejszych ilościach, bo tak jest najbezpiczniej, a co bezpieczniejsze bardziej zachowane z celem przetrwania. Słowem, szczęście jest nienaturalne, a co nienaturalne powinno być jak najszybciej zniszczone, ponieważ naszym jedynym znanym celem jest przetrwanie, znane też innym osobom jako rozmnażanie. Nie wiem dokładnie co się ze mną dzieje. Niektórzy twierdzą, że się zakochałam, inni, że oszalałam, jeszcze inni, że spożywam zbyt dużo kofeiny, dlatego moim mottem stało się zdanie 'ZRÓBMY COŚ !'. Inni twierdzą, że zaraziłam się ADHD, jeszcze inni, że ćpam (co jest kompletną nieprawdą, bo ostatnio robię same dobre rzeczy, które nie prowadzą mnie do żadnej samozagłady, bo samozaglada również jest nienaturalna!), jeszcze inni, że się nawróciłam (to chyba najzabawniejsza wersja, zważając na to, że nadal pozostałam jakotako katoliczką, tylko teraz bardziej interesują mnie aspekty związane z ezoteryką i buddyzmem). Chcę segregować śmieci, być dobrą dla ludzi, nie czuć zazdrości, nie kłamać, spędzać wiecej czasu z przyjaciółmi i na łonie natury, W KOŃCU przestać jeść ryby, przejść na idealny, zdrowy i niezwykle naturalny, pozytywny tryb życia,. Czy mi się uda? Mam nadzieję, mam nadzieję też, że nikt nie zapsuje moich wspaniałych planów. Dziękuję Wam wszystkim, te wakacje są chyba jednymi z najwspanialszych wakacji w moim życiu. Działo się tak dużo, że nawet nie potrafię opisać dokładnie ostatnich dwóch dni. Spotykanie się z ludźmi sprawia, że żyję, że jest mi dobrze, że mam niezliczoną ilość tej pozytywnej energii. Dzisiaj cały dzień spędziłam w domu, oczywiscie oglądając filmy. Myślałam że umrę. A teraz zaczynam cudowną noc, pijąc nową kawę i kończąc oglądać czarne komedie, w które chyba zbyt bardzo się wkręciłam. Dobranoc ! ; *