poniedziałek, 31 stycznia 2011

pierdolęnasionka.

Pewnego wakacyjnego dnia, czekając na ławce, analizując, przekaształcając, wymyśliłam idealne porównanie moich uczuć do nasionek. Od razu wyciągnęłam kartkę i pełna wyimaginowanej miłości spisałam wszystko to, co przed chwilą wymyśliłam, bo przecież metafory takie bardzo często są ulotne. Ogólna koncepcja zaczynała się od zasiewania uczuć, ale nie z własnych nasionek, tylko nasionek innych osób tylko, że w moim umyśle. Osoby te za wszelką cenę chciały we mnie coś zasiać i w pewnym sensie im się to udało. Odebrałam od nich wyrośnięte już, lecz nadal małe kiełki roślinek, które rosły, kwitły aż doszły do stadium w którym powinny urosnąć jeszcze bardziej i wydać owoce, albo pozostać w takiej samej, stałej wielkości. Kiedy owe roślinki zaczęły zajmować jednak zbyt dużo miejsca, zaczęły mnie wraz ze wrostem bardzo uwierać, dlatego też chciałam je przelać, zalać łzami, wodą, po której powinny zgnić. Tylko nawet, gdy zwiędły wszystkie roślinki, które zatopiłam, nadal zostały małe nasionka pod ziemią, zwaną wspomnieniami. I czasem, może już nie w tak wielkich ilościach, ludzie nadal podrzucają mi jeszcze czasem po jednym nasionku. Dziwne rośliny wyhodowałam, dziwne rośliny zostały zasiane, ale mam nadzieję, że przyjdzie kiedyś do mnie przystojny i wykształcony rolnik, który pozbędzie się niechcianych nasionek. Dziękuję za uwagę i do zobaczenia do kolejnej chorej metafory. :C

niedziela, 30 stycznia 2011

duładidułada.

Zawirowała mną podświadomość, znowu namieszała mi w głowie, znowu pobrudziła mi myśli, zamotała wspomnienia. Nie wiem, który to już raz, ale wiem, że nie ostatni. Szaleńczo namalowane sny ukazują nierealistyczną przestrzeń, w którą niestety zbyt ufnie wierzę. Kiedyś możliwe, że przyjdzie mi za to zapłacić swoimi zdrowymi zmysłami, ale teraz jedyne co czuję to ból istnienia. Znowu. Najpierw przez sny, potem przez prawdziwe życie staję się zgubionym, współczesnym Werterem. Biegnę, uciekam, wyłączam, ale zbyt dużo myślę, zbyt dużo marzę, żeby zapomnieć. Wracam do szkoły, to zawsze pomaga.













piątek, 28 stycznia 2011

hello wensday, i really like you.

To smutne i żałosne. Na dodatek nie mam najmniejszego zamiaru wracać do szarej rzeczywistości, do szkoły, nauki. Jest mi całkiem nieźle, lubię codziennie mieć co robić, lubię zajmować się wszystkim tym, czym powinnam się zajmnować na codzień. Wizja poniedziałku jest równie bardzo przerażająca, jak wizja przytycia 50 kilogramów. Albo coś w tym stylu.

W każdym bądź razie wczorajszy dzień był niezwykle męczący, ale mimo wszystko baaaardzo faaajny. Poświczyliśmy sobie teksty, pograliśmy w szalik, no w i końcu udaliśmy się do kina na "Black Swan" (taki główny punkt programu). Niestety w porównaniu do wcześniejszych, idealnych jak dla mnie filmów Darrena Aronofskiego, takich jak psychodeliczne "Pi" w genialnym czarno-białym kontraście, wszystkim bardzo znane "Requiem for a dream", czy też "Źródło",  film ten uważam za raczej kino thillerowe dla zwyczajnej publiczności, czyli mało mądrości, mało psychodelii, po prostu filmik z kilkoma świetnymi momentami. Ale takie chyba było założenie. No cóż, dobry, ale nie rewelacyjny, chwilami zbyt mało przekonywujący (normalnie psychiczne odchylenia głownego bohatera były silnie odczuwane na mojej psychice).

Potem nie wiem dlaczego, zgubiłam sześć godzin, rozmawiając o filmach, słuchając o grach (oł gad), bawiąc się z Kaś w "How not to wear" (nie wiedziałam, że czasami tak ciężko jest podpasować gustom)(znalazłyśmy idealnie pasującą do włosów Kaś tunikę) i udawaniu w saturnie, że jedziemy samochodem, ok. (buhahahahahhahaha).



wiecznie tańcząca Sonia


wygrana, haha, Ruda - babcia ;d



dzieci <3




czwartek, 20 stycznia 2011

Jungle Boogie.

Ferie mijają mi bajecznie, wybornie dobrze. Wczorajszy dzień na przykład był jednym z najdłuższych w moim życiu. Z samego rana kino i "Turysta", który prawdę mówiąc nie był taki zły, ale zupełnie nie przekonywująca końcówka sprawiła, że ogólna ocena bardzo spadła w dół. Poza tym, Depp zbyt dobrze wcielił się w rolę nauczyciela, żebym potem była w stanie uwierzyć w finał. No i oczywiście piękna i pociągająca Jolie z wspaniałymi piersiami i oszałamiająco zgrabnym tyłkiem jak zwykle tylko wyglądała, a nie grała. Nawet w chwili, gdy normalnie każdy wyraziłby jakiekolwiek zdziwienie na swojej twarzy, Jolie nadal miała minę w stylu - "muszę wydymać usta, żeby być sexy i żeby jeszcze bardziej było widać moje kości policzkowe". Potem odwiedziliśmy Łaska w telepizzy, zjedliśmy mięsno-wegetariańską na grubym cieście, ja z Kaś przegrałam za każdym razem w grze w piłkarzyki, Soniś i Gracka pokonały nas jednogłośnie. Następnie pojechaliśmy na Ujeścisko 'rozwozić pizzę', potem Morena na trzy sekundy i w końcu skończyliśmy w apartamencie Soni we Wrzeszczu na bilardzie. O godzinie 21, kiedy powolutku się zbierałam do domu, zupełnie nie pamietaliśmy, że o godzinie 11.15, byliśmy w kinie, zabawne uczucie.
Największą przyjemność jak zwykle sprawiło mi wygrywanie w bilarda <3 i oczywiście śpiewanie lub też darcie mordy przez kilka godzin. "Baby, it's cold outside" idzie nam coraz lepiej, wspaniale.
Zapomniałabym wspomnieć o czytaniu "Windy" w windzie ! Ah, uwielbiam to !





"Kill ya"



<3



ścierwojad?



najmiększe usta mamuni <3


no to pjona.

bransoletki :*