poniedziałek, 31 stycznia 2011

pierdolęnasionka.

Pewnego wakacyjnego dnia, czekając na ławce, analizując, przekaształcając, wymyśliłam idealne porównanie moich uczuć do nasionek. Od razu wyciągnęłam kartkę i pełna wyimaginowanej miłości spisałam wszystko to, co przed chwilą wymyśliłam, bo przecież metafory takie bardzo często są ulotne. Ogólna koncepcja zaczynała się od zasiewania uczuć, ale nie z własnych nasionek, tylko nasionek innych osób tylko, że w moim umyśle. Osoby te za wszelką cenę chciały we mnie coś zasiać i w pewnym sensie im się to udało. Odebrałam od nich wyrośnięte już, lecz nadal małe kiełki roślinek, które rosły, kwitły aż doszły do stadium w którym powinny urosnąć jeszcze bardziej i wydać owoce, albo pozostać w takiej samej, stałej wielkości. Kiedy owe roślinki zaczęły zajmować jednak zbyt dużo miejsca, zaczęły mnie wraz ze wrostem bardzo uwierać, dlatego też chciałam je przelać, zalać łzami, wodą, po której powinny zgnić. Tylko nawet, gdy zwiędły wszystkie roślinki, które zatopiłam, nadal zostały małe nasionka pod ziemią, zwaną wspomnieniami. I czasem, może już nie w tak wielkich ilościach, ludzie nadal podrzucają mi jeszcze czasem po jednym nasionku. Dziwne rośliny wyhodowałam, dziwne rośliny zostały zasiane, ale mam nadzieję, że przyjdzie kiedyś do mnie przystojny i wykształcony rolnik, który pozbędzie się niechcianych nasionek. Dziękuję za uwagę i do zobaczenia do kolejnej chorej metafory. :C

Brak komentarzy: