piątek, 31 grudnia 2010

walę sumowanie, podsumowanie i inne rachunki. ; )

Nie mam siły na pisanie podsumowania. Przed chwilą wybierając zdjęcia z całego roku (zajeło mi to dwie godziny, mam ich tyle, że mała bania, nie wiem po co mi zdjęcia ze 110 dni, czyli prawie 1/3 roku, ale mniejsza), które dzisiaj oddam do wywołania, a samo rozliczenie się z rokiem 2010 zrobiłam w swoim sercu.

Ale jedyne co mogę rzec - rok 2010 był jednym wielkim KOSMOSEM. Od początku do końca. Działo się dużo, wiele razy byłam szczęśliwa, wiele razy smutna. Nawiązałam dużo nowych znajomości, niczym Kordian zrozumiałam wartość przyjaźni. I w końcu wiem o co w tym wszystkim chodzi, wiem, co będę robić w kolejnym roku, a co ominę szerokim łukiem.

NIECH NOWY ROK 2011 BĘDZIE O WIELE LEPSZY OD ROKU STAREGO. ŻEGNAJ !

czwartek, 30 grudnia 2010

Pozdrawiam dzisiejszy zajebiscie zaplanowany dzień, który nie wypalił. Dobrze, że w zanadrzu mam cztery nowe filmy, dobrze, że nic mi się nie stanie jak pogniję w domu do 16, a potem pojadę do Gdyni. Ja jebię.

środa, 29 grudnia 2010

All my friends say that of course its gonna get better

BLABLABLABLAPIERDUPIERDU
Bardzo się cieszę, że nie miałam dostępu do bloga jakiąś godzinę temu, kiedy to w głowie wszystko mi się ułożyło, znalazłam odpowiedzi na moje odwieczne pytania, które dręczyły mnie stanowczo zbyt długo czasu i kiedy zrozumiałam wiele spraw, miałam zamiar wszystko to opisać, zmaltretować innych moimi myślami i dobrze, że tego nie uczyniłam.
Nie uzewnętrzniam się, trzymam dużo przemyśleń w sobie, bo wiem, że innych i tak albo to nie interesuje, albo nie powinnam o tym wspominać, ale czasami mam ochotę powiedzieć to, to i tamto, tylko w czynach takich, prawdziwej szczerości (nie tej fałszywej, sztucznej i chamskiej (jaki oksymoron, matko - fałszywa szczerość)  nie widzę żadnego sensu. Bo po co mam mówić innym - "wiem, że jesteś suką, wiem, że codziennie mnie obgadujesz i nie potrafisz mi niczego powiedzieć w twarz", skoro to zapewne nie zmieni ani niczyjego nastawienia, ani niczyjego charakteru. To oczywiście był tylko taki przykład z dupy wzięty.

Żyję w dwóch światach, nigdy nie rozumiałam dlaczego moje życie potrafi się samo od siebie tak gigantycznie różnić, nie wiedziałam, dlaczego ja czasami jestem innym człowiekiem - tutaj słodką dziewczynką, a tutaj osobą głupią? Nie wiem jak mnie postrzegacie ludzie, nie wiem dlaczego mi na tym zupełnie nie zależy. Bardzo mi smutno, ale jestem rada również z tego, że mając przed sobą tak duży kontrast (niekoniecznie dobre i złe) wiem, co bardziej docenić i co wybrać, kierując się tym razem rozumem, a nie sercem. (fuuuuj, to brzmi jak z reklamy TP). W tamtym roku postanowilam wiele rzeczy i nie ukrywam tego, że się spełniły. Teraz też zaplanowałam wiele spraw i wiem, że one również się ziszczą.

Szkoda, że jednak nie mogę być taka, jaka chcę być. Nie potarfię, czasami gubię się w swoich postanowieniach, czasami się im buntuję, bo taka moja natura. Szkoda, że nie mogę powiedzieć o sobie nic dobrego. I szkoda, że nie potrafię odciąć się na zawsze od ludzi, z którymi nie chcę mieć nic wspólnego w przyszłości. Dlatego chwała panie, nie mogę się doczekać nowego miejsca zamieszkania, kiedy to w pełni sił będę oitrafiła zarobić na siebie wraz z Rudzielcem, z którym będę mieszkać w kawalerce marzeń.

Przepraszam wszystkich za to, co zrobiłam w tym roku. Jest mi niezmiernie przykro, pieprzenie takie nie ma dla was żadnego znaczenia, wiem, ale jest mi szczerze żal, niektórych rzeczy nawet żałuję. Dziękuję innym, którzy mimo wzlotów i upadków zostali przy mnie, poznałam swoich prawdziwych przyjaciół, na których zawsze mogę polegać i poznałam ludzi, ktorzy udają przyjaciół innych, żeby samemu czuć się lepiej. Dziękuję Bogu za to co mam i nie proszę o więcej, klęczę tylko stękając, żeby niczego mi już nie zabierał. Nigdy więcej. Bo odczuwam wielki brak, kiedy nie czuję wielkiego przywiązania do Rudej, a to już jest uszczerbek, więc jeszcze raz - niczego mi nie zabieraj !

Ah i wspaniale było dzisiaj poczuć przez krótką chwilę stare czasy, kiedy to młodsi o kilka miesięcy siedzieliśmy przy tym samym stole w prawie tym samym składzie, rozmawiając o podobnych sprawach. Chciałabym tak częściej. :*

czwartek, 2 grudnia 2010

20 years of snow.

"But if you really hold me tight
All the way home I'll be warm."

Po poczuciu zimowego podmuchu, zobaczeniu wielu nowych i uniwersalnych płatków śniegu postanowiłam porobić zimowe zdjęcia kotom, takie o jakich zawsze marzyłam, żeby zrobić. Było naprawdę ciężko, nie wyszło zbyt dobrze, bo inaczej to sobie wyobrażałam, ale zawsze coś. Jestem niesamowicie zdenerwowana faktem dzisiejszego śpiewania na koncercie (pozdrawiam imienniczkę Osiecką), dlatego znajduję sobie jakies poszczególne zajęcia, ale najlepiej jak zwykle wychodzi mi siedzenie na fejsbuku (nowoczesnej chorobie społeczeństwa) i oglądanie szafiarskich blogów. W każdym bądź razie od tygodnia nie mogę się doczekać nocnych zajęć, aż ma się ochotę wykrzyczeć - JEST CUDOWNIE !








to dziwne, że zapomniałam to opublikować ! więc, wpis z poniedziałku?

A w sercu mam takie ciepłe, ukochane uczucie, którego niegdy nie jestem w stanie określić. To jakby skrzyżowanie,potomstwo miłości i nadziei na raz.

I właśnie takie dni kocham najbardziej. Malutkie sopelki na oszklonych latarniach, wiecznie cieknący wodospad z nosa, odbarwione palce Rudej, cztery pary skarpetek pod trampkami, odmrożone uda, długie spacery po Gdańsku, siedzenie na parapecie z ciepłą kawą rozcieńczoną mlekiem sojowym oraz kotami, układającymi się pod kapciami w góralskozimowe wzory, słuchanie przy tym niezwykle rozradowanej Reginy Spektor, która śmiało śpiewa o dwudziestu latach śniegu. Jednym słowem - ZIMA. Zima spontaniczności, wiecznej improwizacji, szaleństwa, wolności, braku granic, braku szlabanów oraz braku zakazów. Mój ulubiony okres roku. Kiedy to nie jest się głodnym prawie wcale, kiedy to wszystko pełne jest oksymoronów i ma się ochotę wiecznie siedzieć na dworzu, tańczyć i śpiewać o świętach i o bałwankach ( i tutaj moim ulubieńcem pozostaje Frank Sinatra ).
Miło jest obudzić się rano, wyjrzeć przez okno, zobaczyć to, na co dzieci czekają tak długo, bo przecież cały listopad, wyjść z domu i spędzić cudowne cztery godziny z Rudą, przy Pałacu Młodzieży chociażby, ogrzewając się w trakcie spacerów w Madisonie, wspominając, jak było cudownie dokładnie rok temu, a na deser potulnie wylądować w ogrzewanym kościele pełnym zmarzniętych eskimosków.
Za dwa dni zaczyna się grudzień i w końcu zaczyna się działanie w najczystszej formie ! W czwartek koncert, w piątek nocne teatralne, w niedzielę urodziny Eli, a następny tydzień zapierdzielanie w Sopocie, jak co roku występy i warsztaty teatralne.
I znowu to uczucie.

Ah, pełna euforii ponownie układam się w fotelu, żeby tylko skończyć czytać jakże inspirującego Kordiana. I chyba woła mnie kolejna kawa, c'ya. <3


nasze zimne ryjki rządzą.

Ruda je jabłko, bo jest smaczne i zdrowe.

moje ukochane nogi ever, chcę takie.


hmm, śmierdzący i cieszący się tramwaj.