I właśnie takie dni kocham najbardziej. Malutkie sopelki na oszklonych latarniach, wiecznie cieknący wodospad z nosa, odbarwione palce Rudej, cztery pary skarpetek pod trampkami, odmrożone uda, długie spacery po Gdańsku, siedzenie na parapecie z ciepłą kawą rozcieńczoną mlekiem sojowym oraz kotami, układającymi się pod kapciami w góralskozimowe wzory, słuchanie przy tym niezwykle rozradowanej Reginy Spektor, która śmiało śpiewa o dwudziestu latach śniegu. Jednym słowem - ZIMA. Zima spontaniczności, wiecznej improwizacji, szaleństwa, wolności, braku granic, braku szlabanów oraz braku zakazów. Mój ulubiony okres roku. Kiedy to nie jest się głodnym prawie wcale, kiedy to wszystko pełne jest oksymoronów i ma się ochotę wiecznie siedzieć na dworzu, tańczyć i śpiewać o świętach i o bałwankach ( i tutaj moim ulubieńcem pozostaje Frank Sinatra ).
Miło jest obudzić się rano, wyjrzeć przez okno, zobaczyć to, na co dzieci czekają tak długo, bo przecież cały listopad, wyjść z domu i spędzić cudowne cztery godziny z Rudą, przy Pałacu Młodzieży chociażby, ogrzewając się w trakcie spacerów w Madisonie, wspominając, jak było cudownie dokładnie rok temu, a na deser potulnie wylądować w ogrzewanym kościele pełnym zmarzniętych eskimosków.
Za dwa dni zaczyna się grudzień i w końcu zaczyna się działanie w najczystszej formie ! W czwartek koncert, w piątek nocne teatralne, w niedzielę urodziny Eli, a następny tydzień zapierdzielanie w Sopocie, jak co roku występy i warsztaty teatralne.
I znowu to uczucie.
Ah, pełna euforii ponownie układam się w fotelu, żeby tylko skończyć czytać jakże inspirującego Kordiana. I chyba woła mnie kolejna kawa, c'ya. <3
nasze zimne ryjki rządzą.
Ruda je jabłko, bo jest smaczne i zdrowe.
moje ukochane nogi ever, chcę takie.
hmm, śmierdzący i cieszący się tramwaj.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz