Piątek był naprawdę cudowny. Powinnam wszystko opisać oczywiście tego samego dnia, kiedy byłam jak przeładowana bateria, ze zbyt dużą ilością energii, która, żeby załagodzić owy stan emocjonalny mogła, jeden - wybuchnąć lub dwa - usnąć. Podobnie jak wulkan. Wtedy wszystko co się pisze, jest przesiąknięte wydarzeniami, ale niestety zbyt subiektywne. W każdym bądź razie uwielbiam takie chwile, które będę przecież pamiętać jeszcze bardzo, bardzo długo. W sumie obchodzenie urodzin nigdy nie było dla mnie miłym przeżyciem. To smutne, że się starzejemy, zmieniamy i że, nie możemy tego zmienić. Stan nieodwracalny, ewolucja. W każdym bądź razie było przemiło. W szkole wesoło,cukierki, babeczki. Potem zrobiliśmy sobie małą przerwę między nauką, dokończyłam kartkę, kraść wcześniej z domu klej, którego potem mój tata szukał w szafce nieszczęścia (to taka szafka, której NIGDY się nie otwiera, bez jej właściciela ! (grozi niebezpieczeństwem, a nawet śmiercią !!!)) i w innym miejscach przez cały dzień. Na PO Hasiu udawał Wojtka, pan jak zwykle przesadził z trunkami i świecił mu się jego czerwony nos (haha, jak Rudolfowi) i rysował krowy na południkach oraz powtarzał z wyciągniętym przed siebie palcem: "Nie ! Ty nie dasz rady !", albo "Południki to koła" "Półkola!" "Koła" PÓŁKOLA !!!" i tak w kółeczko. Po lekcjach mieliśmy z godzinę przed teatralnymi i w autobusie spotkaliśmy Sonię i Werę. Udaliśmy się na ławeczkę, mimo iż było niesamowicie zimno, rozmawialiśmy po angielsku i zatrzymywali mnie na mrozie wszystkimi możliwymi sposobami. Przy tekstach - "pana Roberta jeszcze nie ma", "Kasia jest tam sama", lub co najlepsze "nie wiem, gdzie jest przystanek, nie wiem jak wrócić do domu!" było nawet cieplej (to zabawne, że w najzimniejszych momentach nie bierze się ze sobą rękawiczek). W końcu nadeszła chwila wejścia do szkoły i gdy opowiadałam mamie o tym torcie, świeczkach, balonikach, prezentach i kwiatkach, podsumowała to - "JAK W AMERYCE ! OJEJKU !". Rzeczywiście, jak amerykańskie przyjęcie urodzinowe-niespodzianka. Słodko. Uczyniłam honory krojenia tortu i wszyscy usiedliśmy z plastikowymi talerzykami, żeby obejrzeć urodzinowy film. Wręczyliśmy kartkę panu Robertowi, zrobiliśmy krótką próbę 'Perły' i udaliśmy się STANDARDOWO do kfc, tylko tym razem ze śpiewem na ustach - "jeszcze po kropelce...". Wróciłam do domu, nikt mnie nie przejechał, obejrzałam jeszcze 6 razy filmik, przeczytałam ze 20 razy kartkę od Rudej (za każdym razem uśmiechając się przy tych samych momentach, wspominając to co wcześniej i to co tego samego dnia (hahahahaha, rozmowy o... właśnie, gdzie jest...?)), pośpiewałam sobie trochę (to jedyna rzecz, która wychodzi, kiedy ma się chrypkę) i nie wybuchnęłam, tylko usnęłam niczym mały brzdąc po dobranocce.
Teraz natomiast kończy się weekend, wizja przerażająca, ale mam nadzieję (i wyrażę ją prawie patosem) - 'Oby ten tydzień był równie dobry jak tydzień poprzedni'.
W każdym bądź razie w trakcie przeziębienia polecam gorącą wodę z miodem i cytryną w szklankach od whisky oraz mnóstwo nieobejrzanych odcinków 'how i met your mother', to leczy !
P.S. filmiku nie da się zgrać na fejsboga, niemożliwe ze względu na zbyt dużą pojemość, wybacz Natalia. ; C