W każdym bądź razie wczorajszy dzień był niezwykle męczący, ale mimo wszystko baaaardzo faaajny. Poświczyliśmy sobie teksty, pograliśmy w szalik, no w i końcu udaliśmy się do kina na "Black Swan" (taki główny punkt programu). Niestety w porównaniu do wcześniejszych, idealnych jak dla mnie filmów Darrena Aronofskiego, takich jak psychodeliczne "Pi" w genialnym czarno-białym kontraście, wszystkim bardzo znane "Requiem for a dream", czy też "Źródło", film ten uważam za raczej kino thillerowe dla zwyczajnej publiczności, czyli mało mądrości, mało psychodelii, po prostu filmik z kilkoma świetnymi momentami. Ale takie chyba było założenie. No cóż, dobry, ale nie rewelacyjny, chwilami zbyt mało przekonywujący (normalnie psychiczne odchylenia głownego bohatera były silnie odczuwane na mojej psychice).
Potem nie wiem dlaczego, zgubiłam sześć godzin, rozmawiając o filmach, słuchając o grach (oł gad), bawiąc się z Kaś w "How not to wear" (nie wiedziałam, że czasami tak ciężko jest podpasować gustom)(znalazłyśmy idealnie pasującą do włosów Kaś tunikę) i udawaniu w saturnie, że jedziemy samochodem, ok. (buhahahahahhahaha).
wiecznie tańcząca Sonia
wygrana, haha, Ruda - babcia ;d
dzieci <3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz