niedziela, 12 września 2010
I'm a loser baby, so why don't you kill me?
Jest dokładnie 4:58, a ja siedzę przed komputerem oglądając 'Glee' i w przerwach między kolejnymi odcinkami uczę się nadal "I'll Stand by you", ale niestety niezbyt mi wychodzi, ponieważ jako swój cel obrałam zbyt wysoką tonację. Ale jak zwykle jestem silna i nie poddaję się nawet w tak bardzo krytycznych momentach. Zaczął się miesiąc, który miał być idealny. Na razie mi nie wychodzi, chociażby przed chwilą zjadłam śniadanie, ale małymi kroczkami zmierzam do celu. Dzisiaj skończyłam padentyczne układanie ubrań. Jutro - pedantyczne wyszczotkowanie kafelek w pokoju. Życzcie mi szczęścia. Staram się zrobić miesiączną przerwę od zajęć teatralnych, żeby poczuć się znowu wolna jak ptak, ale mi nie wychodzi, tak głęboko popadam w uzależnienia. Zaczęłam spotykać się z gejami, którzy niesamowicie podnoszą moje morale. Moja psychika, jak zresztą każdego człowieka potrafi szybko podupaść, nie wspominająć już w ogóle o pewności siebie i poczuciu atrakcyjności, więc nawet po dołujących odwiedzinach na naszej klasie i zadawaniem sobie od jakiś 32 godzin w kółko pytania " co jest ze mną nie tak? " (odpowiedzi jest zbyt dużo !) nadal się trzymam i to o dziwo całkiem nieźle. Oprócz spotkań z kolorowymi pomogło mi jeszcze dwugodzinne uprawianie mojej własnej koślawej jogi z pomocą książki z lat osiemdziesiątych. Nadal nie potrafię stanąć na rękach i wywijać ciałem, jednocześnie utrzymując idealny kwiat lotosu, ale jakoś wszystko zaczyna dobrze się ukierunkowywać. Potrzebuję teraz wielu godzin filmów i seriali, żeby myśleć jak najmniej. Praca domowa z historii równieź mile widziana. I sen, który jakoś nie przychodzi mi zbyt łatwo. Chociaż w sumie to dobrze. Im mniej moich snów związanych z podświadomym zdawaniem sobie sprawy z niektórych rzeczy, tym lepiej. Już się nie mogę doczekać kaftanika, naprawdę.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz