wtorek, 9 sierpnia 2011

złożyłam nowy stół do pokoju, kochanie, wygląda pięknie.

CHAOS. Autobus na przedmieściach utopiony w istnym, wręcz apokaliptycznym chaosie i ciemności ludzkich głowic. Pierwsze dziecko śpiewa 'kupiła Ci CZWEEEERWOOONE SIAAAANDAŁY', drugie dziecko potakuje biegając wkoło, trzecie pomaga raperskim akcentem, wymawiając co rusz obrzydliwie głośne 'BLABLABLA', czwarte z kolei wylewa z siebie litry wody, wymuszając przy tym udawane okrzyki płaczu, natomiast piąte, najstarsze ze wszystkich dziecko przygląda się tylko z zaciekawieniem całemu temu, choremu zjawisku. Wchodzą trzy psy. Jedno z dziarską minką zaczyna lizać mnie po łydkach, drugie z wesołym akcentem podszczekuje dzieciom w rytm ich garnkowej można rzecz piosenki, trzecie lekko schorowane piszczy co sekundy trzy i skamle z bólu. SMRÓD. Psy brudne, nieumyte, a przy tym głośne zaczynają swoje spacery po środku lokomocji. Starsze osoby niemiłe nie tylko swoim zapachem, ale także i charakterem, rozwijają swoje kończyny, aby zablokować młodszym od siebie, drogę do upragnionego wolnego miejsca, które tak wiele przecież znaczy w trakcie półgodzinnego stania w korku. GŁUPOTA. Pijacka grupa młodszej ode mnie młodzieży, z drugiego końca autobusu daje o sobie znać zbyt wielkim rozentuzjazmowaniem. Słychać również rozmowy o klejach do tipsów i niezwykle tanim i dobrym solarium na mieście, w którym przesiadywać można godzinami. Dzieci zaczynają się gilgotać, chłopak z książką pt."Ojciec Chrzestny" przewraca się na wózki przy zbyt mocnym hamowaniu, a jakaś debilka z białym stołem zajmuje połowę wolnego miejsca w przejściu do drzwi automatycznych. A najbardziej z tego wszystkiego irytujące są moje motyle, które rozpierdalają mi brzuch i sprawiają, że ręce cierpną same z siebie, krew uderza do głowy, a serce bije przyspieszonym tempem.

I niestety nie znalazłam na to wszystko żadnego lekarstwa.




Brak komentarzy: