piątek, 30 kwietnia 2010

Jedna z najlepszych randek ever, 29 kwietnia.

O kurczę, nie mogę uwierzyć, że czwartek był dniem prawie idealnym. Prawie, ponieważ od rana dręczyły mnie niesamowite bóle głowy i zatok. Ale to wszystko przez zmiany temperatury (w końcu!), więc w sumie małą migrenę można znieść, zwłaszcza jeżeli dzięki temu jest cieplej na dworze. W szkole, jak to w szkole, na W-F-ie pani wyładowywała na nas swoją całą dotychczasową frustrację, lub niepowodzenie w małżeństwie (albo za dużo, albo z mało), a religia jak zawsze bardzo ssała (ksiądz zarzucił temat -sekty, ale nic nie wiedział na ten temat). Ale jedna rzecz, z której mogę byc niesamowicie dumna, to moja ocena z fizyki ze sprawdzianu (4+!). Oh tak, wiem jestem coraz lepsza w ściąganiu. Po szkole poszłam z Natalią do GB i nie uwierzycie ! W Mc'Donaldzie znowu są normalne McFlurry z różnymi polewami oraz posypkami, tylko niestety o całe 40gr groższe ! Potem czekałam na Soniś robiąc mini-piknik pod Galerią, ale okazało się, że ona na mnie czeka w lodziarni (nie cierpię tego słowa !). Tam była jeszcze Kaś i Żaba (oraz Ela, Basia i Olx) i razem pojechałyśmy do centrum. Kupiłyśmy z Soniś bilety (na "Shutter Island") i z powodu kilku wolnych chwil przed seansem udałyśmy się do sklepu po sok jabłkowy i malinowy (obydwa chyba lekko sfermentowane z ciepła, bo ten jabłkowy (nie lubię jabłkowych soków) miał dziwny posmak). Po drodze spotkałyśmy Jasia, z jedną ze swoich koleżanek, który na dodatek miał urodziny ! Uściskałam go bardzo mocno kilka raz, porozmawialiśmy sobie, był w miarę normalny i niesamowicie miły (ŁAŁ !), jedyne co to ostrzegł mnie przed Wojtkiem. To było niesamowicie zabawne. Poszłyśmy do kina lekko spóźnione, ale zdąrzyłyśmy an zapowiedzi, które przecież tak kochamy oglądać. Bylyśmy w małej sali kinowej jak zwykle tylko z kilkoma osobami (w sumie była nas piątka). W pewnym momencie inni wyszli (nie wiem dlaczego, bo wtedy zaczęło się wszystko wyjaśniać, a film był interesujący mimo wartkiej akcji) i zostałyśmy całkowicie same wnaszym kochanym, ostatnim rzędzie. Kiedy film się skończył i skończyły się napisy, pobawiłyśmy się chwilę w zajączki, a dla naszego relaksu sama włączyła się muzyka(soundtracki), najpierw z "Finding Neverland", a później z "Listy Schindlera", albo jak kto woli, z "Genomu"! <3 Byłyśmy zachwycone. No i patrzymy, a tu zaczyna się kolejny film ("Kick-ass"-FUJ!), ale niestety przyszła paniz  obsługi i spytała, czy mamy bilety na kolejny seans. Już miałam powiedzieć - "Tak, oczywście", kiedy Soniś mi się wtrąciła i powiedziała - "Niestety nie, ale.. mozemy tu zostać?".Odpowiedź pani z obsługi nie mogła być inna i szybko ubrałyśmy buty i wyszłyśmy z sali. Ale to i tak było cudowne, najcudowniejsze uczucie, siedzieć samemu w kinie z nogami wyłożonymi przed siebie, oglądać a następnie sluchać muzyki.
Potem udałyśmy się na plac zabaw, pijąc i rozmawiając o filmie i o tym, co by było gdyby... nasz mąż gwałcił nasze dzieci. Jakie byłyby nasze reakcje i co byłybyśmy w stanie mu zrobić. Nastrój zrobił się lekko melancholijny, ale ja tak kocham gadać z Sonią ! Żałowałam bardzo, ze nie wzięłam aparatu, bo przecież każde ważne wydarzenie lubię udokumentowywać. Kiedy wróciłam do domu, obejrzałam jeden odcinek serialu i ze zmęczenia położyłam się spać. ;)

Brak komentarzy: