niedziela, 7 lutego 2010

and SUNDAY always comes too late.

NIEDZIELA.
Budzi się o godzinie czwartej , zupełnie z przyzwyczajenia, idzie spać na dwie godziny, wstaje i sprząta, żeby móc wyjść. Kiedy wszystko jest wylizane, wychodzi do kościoła, uśmiecha się do księdza, wraca i krzyczy, że komputer mimo obietnic jest zajęty.

To zabawne, ale samotność ładuje mnie taką okropną energią. Nie potrafię jej określić. Sobota była tego doskonałym przykładem. A na dodatek kocham to ! Ale potem zawsze jest tak, że jak się nie spotkam z kimś, kogo kocham, to czuję się bardzo złym człowiekiem, samotnym w złym tego słowa znaczeniu i niechcianym. Lubię niedziele od bardzo niedawna. A na dodatek kiedy spotykam się z Kacprem mój nastrój jest taki piękny, jestem przeszczęśliwą osobą. Potem wpadam do Soni i zamiast siedzieć u niej tyle ile powinnam - czyli pięć minut, spędzam nawet dwie godziny. I mogę powiedzieć wszystko co leży mi na dupie ! < 3


Pan Robert powiedział, że jestem skryta. Ruda, że lekko obłąkana na temat jednej sprawy. A ja po prostu chcę odpocząć, a jeszcze tydzień i WOOOLNE !

Daj mi Boże.Do jutra kochani ; *

2 komentarze:

schatzi pisze...

Bardzo fajne tytuły trzech ostatnich wpisów! :) Kocham The Cure i ten utwór *milion serduszek*.

Ferie za pięć dni, szybko zleci, zobaczysz! *nananana*

Buziaczki love love lov!

fredlina pisze...

< 3