czwartek, 18 lutego 2010

osiemnasty luty 2010 kiedy nic się nie dzieje.

Dzisiaj były urodziny Żaby. Nie znam zbytnio koleżanki, kiepsko kojarzę ją z urodzin Rudej, ale mimo wszystko z powodu braku weny twórczej i miejsca gdzie możemy się podziać poszłyśmy z Soniś, Kaś, Sali i Rudzielcem oczywiście zrobić urodzinową niespodziankę, której niestety oklapła bita śmietana z napisem "sweet 16", gdyż wsześniej leżałyśmy z Rudą w Pałacu Młodzieży z wielką niechęcią do życia, mimo iż miałyśmy dzisiaj gotować obiad dla owej Rudej, która ostatnio mało je z powodu miłości, która i tak wydaje mi się podejrzaną szują, która upija się po jakiś piwnicach. PHI ! Spotkałam po drodze Wiki, która zmierzała do Rossmana z zamiarem kupienia blond farby i rozjaśnienia sobie włosów.
Wszędzie jeździła lub stała policja na sygnale i bez sygnału. Przerażające. Przez cały dzień bołały mnie mięśnie i nie mogłam ruszać żebrami, generalnie było kiepsko i w końcu okazało się że mam stan podgorączkowy, więc jadę do babci dopiero rano, żeby wszyscy upewnili się, czy aby na pewno nie mam jakiejś cholernej grypy i mimo moich zapewnień, że czuję się wspaniale rozkazano mi gnicie w domu i oglądanie "Przystanku Alaska". Nie byłam chora od jakiś siedmu lat (nie licząc świnki trzy czy cztery lata temu) i nie mam zamiaru być, bo nie ma nic gorszego niż siedzenia w trakcie dni wolnych w domu z powodu "przeziębienia", zwłaszcza jeżeli miało się plany rozchorować w trakcie roku szkolnego, żeby nie odrabiać tylu prac domowych z polskiego.

W każdym bądź razie, jutro o godzinie siódmej już mnie tu nie będzie.
Hihihihi, i w sobotę łyżwyz całą Ephatą, panem Czujko i panną Olą. HAŁ SŁIT !

..ale przynajmniej można w spokoju obejrzeć filmy. Z przykrością stwierdzam, że nie udało mi się obejrzeć Wielkiej Ciszy, więc zajęłam się za w miarę ambitne romanse. adijos ! ; *

Brak komentarzy: