środa, 17 lutego 2010

Szafa.

Siedziałam wczoraj z Rudą w szafie, zupełnie jak sprzed półtora roku. Kocham to miejsce. Nic się nie zmieniło, oprócz tego, że tym razem sprzedawczynie zwracały się do nas "pani" co w miejscu pełnym alkoholi i herbatki oczywiscie jest dosyć zadziwiające, zważając że panią Mormon wyrzycili z szafy, kiedy znaleźli przy niej piwo, a miała wtedy prawie 18 latek. W każdym bądź razie, idealnie się tam milczy i rozmawia o problemach w i ogóle. Tak dużo się zresztą dzieje ! Może nie w moim życiu, ale patrząc na to wszystko z odległości czasu tak bardzo wydaje się mrożące, pełne czegoś, czego naprawdę nie potrafię określić.

Hmm, siedzę sobie i albo spotykam się z ludźmi, albo oglądam ogrom filmów, ewentualnie SKINS-ów, ozdabiam jeszcze wszystkie nieozdobione kuferki i jest generalnie dobrze. Dzisiaj kupiłam sobie wyczekiwaną bardzo długo lustrzankę. Jestem bardzo na nią zajarana, więc kiedy bateria się sformatuje, nie zasnę dopóki nie poznam jej wszystkich opcji. I oczywiscie jadę niedługo do babci, w miejscu, w którym zatrzymuje się czas, przez cały rok pachnie wiosną, zwłaszcza w moim zielonym pokoju, który wcale nie ma zielonych ścian. I znowu będę grać z dziadkiem w karty po pięć godzin, czytać książki i FILM i wszystko będzie takie piękne i spokojne.

Idę sprzątać w pokoju, bo jak to mama mówi "istna sodomia i gomorra", wi.ęc lepiej zająć się tym syfkiem, bo nie będzie mnie na premierze Alicji w krainie czarów, a już wiem koło kogo będę siedzieć, soł...

Brak komentarzy: