Miałam uzupełnić wczorajszy wpis o piękne życzenia i jakiś słodki obrazek dla Martyny, ale nie mogłam wejść na komputer i teraz wszyscy pomyślą, że zgapiam. XD
Piątek był dniem jak z jakiegoś kiepskiego amerykańskiego filmu lub serialu dla zbuntowanych nastolatek. Teraz mam troszkę czasu, żeby wszystko opisać, bo przecież ostatnio tylko pieprzę o przemyśleniach i nie widać u mnie żadnych faktów życia codzienniego.
Spóźniłam się 35 minut na łacinę i weszłam z Natalią i muffinką z siedemnastoma świeczkami na łacinę, pani spojrzała na mnie jak na idiotkę, przeprosiłam za spóźnienie i razem z Teą zaczęłyśmy śpiewać "Sto lat". Doskonale wiedziałam, że Martyna za tym nie przepada, ale no jak to tak bez śpiewania ! Martyna miała przepyszne czekoladki, które cały czas zajadałyśmy razem z nią i Rzuczi, grałyśmy w "chuja" jak zwykle prawie na każdej przerwie, nie ćwiczyłyśmy sobie na wuefie i na polskim kochana i zabawna pani Żuk z okazji urodzin Stasia i Martyny nie wpisała nam nieprzygotowania za pracę domową.
Po lekcjach umówiłam się z Rudą. Musiałyśmy czekać do 17, żebym mogłam wykonać plan. Bardzo się denerowałam, ale pomogła mi Soniś, która kazała się uderzyć. Powiedziała też, żebym sobie wyobraziła, że to tylko teatr. Pomogło. Wyciszyłam się, skupiłam i można wręcz rzec, że nie trafiłam. Nie spodziewałam się, że to wszystko nabierze innych kolorów i wyrazu. Z jednym panem wszystko sobie wytłumaczyliśmy, z drugim panem też wyszło inaczej jak zaplanowałam, ale przynajmniej nie muszę udawać jakiejś twardej suki.
Bardzo mnie rozbawiło mnie jakie życie szykuje mi los. Jak w Edypie, ironia ludzkego losu, wszystko zaplanowane z góry i tak się wypełni. W każdym bądź razie siedzę przy biurku, oglądam Kieślowskiego i pachnie wiosną, która jest dla mnie pierwszą rzeczą o jakiej myślę ma skojarzenie słowa "miły".
Ale najzabawniejszy był p.Robert, który w trakcie mojej rozmowy cały czas oglądał w korytarzu obrazki małych dzieci w Pałacu Młodzieży. To było naprawdę śmieszne. I dziękuję Asi i Rudej, z którymi wspaniale spędza się czas w łazience i drogiej Soniś, dzięki której mój plan chociaż częściowo się powiódł.
Ale czuję się dobrze, a ta biała, ale jednocześnie żywa i kolorowa zima napawa mnie jakimś poczuciem bezpieczeństwa oraz natchnieniem. Zrobiłam dzisiaj zdjęcia, ale nie skończyłam, więc jutro zrywam się z samego rana i wyruszam na długi spacer z kliszami nad rzekę i nie tylko,żeby w końcu porobić zdjęcia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz